Nie lubię dni rozciągniętych jak zbyt cienki naleśnik, a czasem takie się trafiają; ostatnio może nawet trochę zbyt często. Dzisiaj właśnie taki był. Jak można zdefiniować dzień rozciągnięty jak zbyt cienki naleśnik?
Dzień jest rozciągnięty po pierwsze, jeśli wstało się późno - w kategoriach naleśnika to byłoby tak, jakby się go zaczęło za późno smażyć. Wstałem dzisiaj o dziewiątej: to późno. Powinienem być na Polibudzie, wtedy nie marnowałbym dnia na spanie. Pozdrawiam znajomych z Polibudy! Gdybym wstał o siódmej, miałbym dwie godziny mniej zmarnowane z dnia - a spać pewnie i tak poszedłbym jak normalnie. :]
Po drugie, tego dnia nie zrobiło się praktycznie niczego ciekawego - w kategoriach naleśnika, ciasto jest zbyt cienkie. Owszem - przed południem posiedziałem godzinę z bratem Mateusza nad matematyką, ale dalsza część dnia polegała na jeżdżeniu do Zielonki i z powrotem w poszukiwaniu jakichś butów na zimę. No cóż, zakładam, że buty to potrzebna rzecz, ale nie uznałbym kupowania ich dwadzieścia kilometrów od miejsca zamieszkania za coś szczególnie ciekawego.
Po trzecie, co istotne, dzień musi zlecieć szybko. Faktycznie - zdaje się, że minęło tylko parę godzin od 11:00 i paru zadań z Tytusem do tej chwili. W kategoriach naleśnika: wiecie, jak to jest, jeśli spróbuje się usmażyć naleśnik na dużej patelni, wlewając za mało ciasta? Wtedy naleśnik jest zbyt rozciągnięty i robią się w nim dziury.
W dniu takim jak dzisiaj, to właśnie te dziury są odpowiedzialne za zbyt szybkie mijanie czasu. Dziury są potrzebne na przemieszczanie się po mieście czy czekanie przez kwadrans, aż kierowca autobusu podmiejskiego wróci z przerwy śniadaniowej i otworzy autobus, żeby można było wejść, usiąść i w spokoju poczytać (tak, jakby facet nie mógł jeść tej swojej kanapki z bułką czy czegoś tam na swoim miejscu kierowcy. Trzy pięćdziesiąt za bilet, ludziska, nawet, jeśli jedziecie spod Domów Centrum do Placu Bankowego).
W tych dziurach czas upływa niezauważalnie, dlatego dzień mija szybko. I bezproduktywnie. Dlatego teraz tłumaczę kolejny kawałek dziennika Arvila Brena, bohatera fanfika Morrowinda, żeby coś zrobić, żeby dolać ciasta. A wam życzę jak najmniej takich zbyt rozciągniętych dni.
PS. A, i tak na sam koniec: widziałem dzisiaj dobrą reklamę. Mam na myśli reklamę na plakacie, bo jeśli chodzi o telewizję, to fajnej reklamy nie widziałem już od bardzo dawna; zdaje się, że od czasów, kiedy przestali nadawać nowe reklamy Biedronki. Tak, reklamy Biedronki - te bez kretyńskiej piosenki "Pierdonka, ach, Pierdonka" - są fajne! Lubię je, bo ich kluczowym punktem są gry słów - gry słów rozwijają neuronki odpowiedzialne za język, a jak wiadomo, to jest właśnie moja misja dla Pani Polszczyzny. Reklama, o której mówię, też zawiera grę słów.

Można by pomyśleć "nic szczególnego" - ale jednak przyznacie, że pomysł był semantycznie ciekawy, a w dodatku całkiem fajnie usprawiedliwia umieszczenie na plakacie ładnej panienki, którą i tak większość producentów w swych reklamach umieszcza, tylko czasem bezsensownie - jak w reklamie jakiejś szkoły Linuksa, w której ni stąd, ni zowąd, sam środek plakatu przecinają dwie długie nogi kobiety odzianej (czy może: rozdzianej) w spódniczkę mini. Nie lubię używać głupich mądrych słów pochodzenia obcego, ale: INFANTYLNE EPATOWANIE SEKSUALNOŚCIĄ.
Dlatego miło raz na jakiś czas zobaczyć ciekawą reklamę. Daje to poczucie, że dziury w naleśniku - przynajmniej niektóre - może jednak coś wypełnić.
Pozdro dla Tytka i Twoich naleśników!
OdpowiedzUsuń