Cóż, nie chcę, żeby ten dziennik stał się zapisem zdarzeń z mojego życia, bo to wcale nie jest ciekawe; nie chcę też, żeby znajdowało się tu wyłącznie narzekanie na różne pierdoły, bo to jest ciekawe (być może) tylko do pewnego momentu, po czym mały krzyżyk w prawym górnym rogu przeglądarki zaczyna wyglądać bardzo zachęcająco. Ale jednak stwierdziłem fakt, że nie miałem niemieckiego, zatem teraz ponarzekam trochę na rzeczy, które mnie wnerwiają podczas podróży przez nasze stołeczne. Nie martwcie się - nie będzie zupełnie narzekająco. Po prostu czasem bardziej zwracam uwagę na to, jak poruszamy się po mieście: patrzę i patrzę i widzę i myślę.
I myślę, że ludzie niekiedy zachowują się dziwnie. Na przykład ci, którzy spłaszczają się na naleśnik i niemal dają się przeciąć na pół jak w pierwszej części gry Prince of Persia, stojąc w samych drzwiach metra. Zamiast tego powinni solidnie zamachnąć się zadkiem i popchnąć tych wrednych ludzi w środku wagonu, którzy nieodmiennie, za każdym razem, celowo lub nie zostawiają pomiędzy siedzeniami miejsce dla jeszcze co najmniej sześciu osób. Rozumiem, że można lubić przestrzeń ("Móóóój jeest ten kawałek podłogi!"), ale bez jaj - człowiek z reguły jedzie tym metrem nie dłużej niż dwadzieścia minut, góra pół godziny, i nie jest sam. Trochę to świństwo, że podczas gdy tamci na środku cieszą się swoimi czterdziestoma centymetrami towarzyskiej odległości od ludzi, ci przy drzwiach zaczerpują powietrza dopiero, gdy otwierają się drzwi. A na jednym oddechu można wytrzymać tylko pomiędzy Centrum i Świętokrzyską - zwłaszcza, gdy zawartość tlenu w powietrzu nie przekracza wartości równej stężeniu alkoholu we krwi przeciętnego pijanego kierowcy.
Z drugiej strony to, że takie sytuacje się zdarzają, a w naszym kraju nie ma tych słynnych chińskich dopychaczy ludzi do wagonów ("Patrz, jak wbiłem tego w czarnym meloniku do przedostatniej łuzy!"), daje ludziom możliwość bycia naprawdę wielkimi, naprawdę fajnymi. Raz widziałem Ważnego Faceta w płaszczu i z aktówką w dłoni, który wysiadł z metra, do którego przed chwilą wszedł, żeby zamiast niego mogła wsiąść kobieta z wózkiem. Ogólnie rzecz biorąc, pakowanie się z wózkiem do metra jest w pewnych godzinach kiepskim pomysłem, ale zazwyczaj po prostu nie ma się wyboru i przepuszcza kolejne pociągi. I nagle taki gest, i to jeszcze ze ewidentnie ze strony biznesmena, który na pewno sam się spieszy. Pana w czarnym płaszczu z aktówką pozdrawiam!
Bawi mnie zjawisko społeczne, które sprawia, że jeśli jest kilka osób stojących i jedno wolne miejsce, to żadna nie usiądzie. Specjalną edycję tego syndromu widziałem ostatnio w metrze: do jednego wolnego fotela chciały dostać się dwie kobiety mniej więcej w tym samym wieku. Jedna stała na końcu wagonu, druga w środku, a siedzenie było pomiędzy nimi; obie ruszyły w stronę fotela z tą samą prędkością i prawie z tej samej odległości. Kiedy się nawzajem zobaczyły, obie gwałtownie odskoczyły, jakby zobaczyły na tym fotelu pająka. Po chwili niezręcznej bezczynności i paru zawstydzonych uśmiechów jedna w końcu usiadła - nie wiem, czy kobiety traktują to jako przyznanie się do bardziej zaawansowanego wieku, ale miała nieprawdopodobnie głupią minę. :D Inną wersję przypominam sobie z okresu, kiedy miałem złamaną rękę. W tramwaju jadącym Alejami Niepodległości jedno wolne miejsce przypadło na sześć czy siedem babć. Gdy wsiadałem do tramwaju z ręką w gipsie, sytuacja wyglądała tak, jakby każda z nich mówiła: "No, która mi spróbuje usiąść? Jak zacznę wymieniać swoje rozliczne choroby i gadać o polityce, to odechce się jej siedzenia na zadku!" Na szczęście przybyłem tam, by uratować sytuację: gdy tylko wszedłem, wszystkie rzuciły się na mnie, twierdząc, że koniecznie muszę usiąść i że ze złamaną ręką nie można stać. No cóż - przeciętna babcia Ifigenia zapewne wie więcej o tym, co wolno, a czego nie wolno robić, kiedy ma się złamaną rękę, więc posłusznie usiadłem, rozwiązując tym samym dylemat wszystkich babć. ("We'll call it a draw."). I zaraz potem wysiadłem na następnym przystanku, bo to już Centralny był. Co działo się dalej w tramwaju, kiedy siedem łopat zgodnie odkopało topór wojenny, a do tego doszło mnóstwo młodszych osób wsiadających przy Centralnym - nie wiem. Miejmy nadzieję, że dojechał do zajezdni. Kiedyś.
Oprócz tego nie lubię, kiedy ludzie siadają na zewnętrznym siedzeniu, gdy są one podwójne: tak, jakby celowo chcieli utrudnić życie osobie, która musi wtedy naceregielić się, pytając, czy miejsce jest zajęte, dalej przepraszając, po czym przepychając się obok, celując tyłkiem lub kroczem prosto w twarz delikwenta. I nie chodzi mi o to, że mogłoby mu to przeszkadzać: skoro nie umiał pomyśleć i usiąść przy oknie, niech jego świat zmniejszy się na chwilę do rozmiarów jakiegoś zadka. Tyle że nie każdy lubi w ten sposób eksponować swoje mniej oficjalne części ciała. Pomyślmy chwilę: gdy usiądziemy przy oknie, to być może będzie trochę przepychania, jeśli obok nas usiądzie osoba wysiadająca później niż my. Jeśli zaś usiądziemy na wewnętrznym fotelu, to osoba chcąca zająć miejsce koło nas I TAK będzie musiała się przepchnąć, a jeśli wysiada wcześniej niż my - to numer się powtórzy. Co najmniej raz niepotrzebnie. Jaka w tym logika?
Skoro mowa o nielogicznym zachowaniu, irytuje mnie trochę, gdy ludzie na przejściu z "zielonym na żądanie" podchodzą do pasów i naciskają przycisk żądania światła nawet, kiedy widzą, że diody w przycisku czy litery w wersji dotykowej już świecą się na czerwono, co oznacza, że ktoś już wcześniej to wcisnął i teraz trzeba tylko chwilę poczekać. Z jakiego powodu nie mogą podnieść ślicznych swych ocząt do tego przycisku, zanim go nacisną, i zarejestrować ten prosty fakt? Od tego mamy neuronki! To zupełnie tak, jakby szarpnąć za drzwi sklepu i dopiero gdy nic to nie da ("A niech to! Zamknięte?"), sprawdzić godziny otwarcia. Brawo, drogi Watsonie, tyle że właśnie straciłeś kilka watsów energii na próbę wyrwania drzwi z zawiasów. Wnerwiające jest też, gdy jakiś Mega Spieszący się Człowiek tłucze w ten przycisk żądania co najmniej trzydzieści razy na sekundę, choć WIEMY, że to wcale nie przyspieszy zapalenia się zielonego. Cóż, wprawdzie samo nadprogramowe naciskanie guzika od świateł nic nie szkodzi, jest jednak przejawem tego, że jesteśmy w naleśnikowej dziurze dnia i wyłączył nam się mózg.
No, to sobie ponarzekałem i pośmiałem się wrednie. Nic dziwnego - w tym tygodniu nie mam zajęć z tłumaczeń, bo wypadają w czwartek, mam za to durną literaturę średniowieczną i retorykę praktyczną. A co najgorsze, nie ma dr. Bańskiego i odpada mi składnia!
PS. Wkrótce będę dalej rozwijał szatę graficzną dziennika, dodając między innymi obrazek zamiast tytułu i inne śmieszne rzeczy.
PPS. Skoro już mówię, co mnie wnerwia, to przemycę jeszcze coś. Dziewczyny - zamykajcie usta, kiedy żujecie gumę. Może i mlaskanie z ponętnym wyrazem twarzy i otwartym dzióbkiem jest seksowne, ale jeśli tak, to ja od jutra zostaję gejem i przesyłam wszystkim tęczowy uśmiech na koniec notki.
Mega Spieszący się Człowiek - czy to Ty?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz