Autoreklama



OSTATNIO W "MAJSTERSZTYKACH KROTOFILNYCH"
Czapter nayn-ęd-ferty: "Rzecz o Hitlerze, śmieciach i obrączkowaniu"


22 listopada 2010

Katharsis

Nie będzie notki optymistycznej, z jednym miłym zdarzeniem definiującym cały dzień. Muszę jutro, dzisiaj, wcześnie wstać, czyli też wcześniej się położyć; nie mogę przepieprzać całego życia na spanie. Jedna trzecia to chyba dość, trzydzieści trzy i trzy w okresie wymiernym, żebym miał jeszcze dodatkowo nie spać po nocach, a w dzień właśnie spać. Muszę przestać omijać zajęcia, bo mi się nie chce iść albo nie jestem przygotowany. Konsekwencje dokonanych wyborów trzeba ponosić, a nie uciekać przed nimi, póki mam do wykorzystania nieobecności.

Muszę zrobić coś ze sobą. Od zaraz, nie od jutra, bo te słowa na piśmie zawsze będą wskazywały jutro, a wypowiedziane raz umkną, jakby ich nigdy nie było. Od zaraz wydrukować czwartą księgę "Raju utraconego", przeczytać, zrobić notatki, choćbym miał potem na zajęciach z poezji Miltonie siedzieć i nic nie mówić, jak zwykle. Muszę to zrobić tylko i wyłącznie dla siebie, celem samorealizacji, kierunek humanistyczny czy nie. Czym to się różni od zrobienia zadania z matematyki?

Jeśli tego nie zrobię, to kiedyś, w odległej przyszłości, będę chciał odzyskać tę niedzielę, dwudziestego pierwszego listopada tego roku, której pierwsze parę godzin zmarnowałem na spanie, a potem dla siebie samego nie zrobiłem niczego. Chodziłem tylko do braci Mateusza, robiłem z nimi kilka zadań, jechałem do Empiku po filmy dla mamy na imieniny, pomagałem Karolowi znaleźć pomysł na prezent. Właśnie tak, dokładnie w ten sposób: "chodziłem", "robiłem", "jechałem", "pomagałem". Wszystko w aspekcie niedokonanym; jedyne, co się dziś dokonało na pewno i nieodwołalnie, to utrata kilku godzin porannych.

Kiedyś będę pamiętał o każdym dniu, w którym wstałem o jedenastej, w którym spędzałem całe godziny bezużytecznie przy komputerze. Wszystkie nieprzygotowane lub kiepsko przygotowane zajęcia z matematyki i to, że przeze mnie moi uczniowie również nie wykorzystywali wtedy czasu w pełni. Przypomnę sobie, bez usprawiedliwiania się, te wszystkie ziarna gorczycy, które niegdyś konsekwentnie, minuta po minucie, wkładałem do worka mającego w przyszłości być ciężarem świadomości braku powtarzalności życia.

Ten wpis to moje katharsis. Czuję się jakby nieco czystszy. Jest też po to, żeby tu wisiał i ciągle mi przypominał o wykorzystywaniu życia tak, by potem nie mieć do siebie żalu. Nastrój zaś taki, a nie inny, mam po obejrzeniu "Domu wariatów" i "Wszyscy jesteśmy Chrystusami". To chyba moja kara za to, że spóźniłem się trzy dni z życzeniami i prezentem imieninowym dla mamy - kupiłem jej dziś zestaw filmów o Miauczyńskim i sam zacząłem je oglądać. Ale "Dzień świra" przy tych dwóch rzeczywiście był komedią.

Karę swoją przyjmuję, Panie Boże, i dziękuję Ci za nią, bo dając mi ją, wiesz, co robisz. Nawet, jeśli ja tego nie rozumiem.


PS. Przypomniała mi się moja kretyńska przeróbka piosenki Wilków:

Nie poddaj się
Jedz zupę, jaka jest
I pomyśl, że
Na drugie nie masz szans!


Życie składa się tylko z jednego dania, cholera.

1 komentarz: