Już po krzyku, czyli po zaliczeniu z filozofii. Teraz, zamiast otwierać usta do krzyku, po którym już jest, w kółko otwieram je w celu ziewnięcia, jako że zero godzin snu nocy z sobotę na niedzielę i cztery z niedzieli na poniedziałek to dużo za mało. To było dobre w liceum, kiedy i tak musiałem wstać na ósmą niezależnie o tego, jak bardzo chciało mi się spać. Teraz, kiedy moje zajęcia zaczynają się najwcześniej o 9:45, rozleniwiłem się jak cholera i nagle mojemu durnemu organizmowi zaczęło zależeć na tych wszystkich godzinach snu.
Wygląda na to, że przeżyję i dostanę coś ponaddwójkowego, bo te pięć pytań, na które przyszło mi odpowiedzieć, nie sprawiło mi aż takiego problemu. Może trochę się zaplątałem przy definicji eudajmonizmu, ale kilka lat siedzenia w matematyce pozwala mi już wykryć źle napisaną definicję, która zawiera wewnętrzne sprzeczności albo obejmuje zbyt mało lub zbyt wiele przypadków. Pewnie trochę powymyślałem z tym eudajmonistycznym szczęściem poprzez cnotę, ale przynajmniej dr Ziemski nie będzie mógł się przypieprzyć do logiki rozumowania.
Mam jednak silne poczucie, że Szef aktywnie opiekował się mną w trakcie zaliczenia. Usiadłem w pustym pierwszym rzędzie. Potem przychodziły kolejne osoby i mój rząd się zapełniał. Do siedzącej dwa krzesła po lewej ode mnie znajomej dziewczyny (zwanej dalej Kasią) podeszła koleżanka (zwana dalej koleżanką). Kasia poprosiła mnie, żebym przesiadł się bliżej niej, chcąc, by koleżanka też mogła być bliżej niej (po mojej prawej). Zdziwiłem się, czemu po prostu nie każe mi zamienić się ze sobą albo z tą koleżanką, tylko mam tak być pomiędzy nimi; kiedy to zaproponowałem, obie machnęły ręką, a potem to już zaczął się test i nie było czasu. Rozdawano nam ponumerowane kartki w dwóch kolorach: czerwonym i białym, naprzemiennie; dostałem białą. Potem zaś na wyświetlaczu pojawiły się pytania dla obu grup i kiedy zobaczyłem, że umiem odpowiedzieć w miarę dokładnie na wszystkie z mojej, "białej" grupy, a na te z "czerwonej" - nie, stwierdziłem, że mam więcej szczęścia niż rozumu. I gdyby choć jedna rzecz poszła inaczej - gdybym na początku usiadł jedno miejsce obok, w lewo lub w prawo, gdyby Kasia i jej koleżanka koniecznie chciały usiąść obok siebie i zgodziły się na moją propozycję, gdyby człowiek z początku rzędu wziął kartkę drugiego koloru, gdyby wreszcie dr Ziemski przeciwnie przyporządkował pytania barwom kartek - musiałbym w tej chwili z kwaśną miną liczyć na trójkę.
Cóż, zepsujmy nieco magię tego cudu matematyką... Właściwie to wymienione wyżej rzeczy mogłyby spokojnie się zdarzać, ale żebym dostał ten sam kolor kartki, musiałaby się zdarzyć parzysta ich liczba. Zdarzyło się zero, więc jest dobrze, mogły też zdarzyć się dwa lub wszystkie. Zakładając, że każde z tych zdarzeń ma prawdopodobieństwo wystąpienia 50%, to szansa, że zdarzy się parzysta ich liczba (a ja dostanę grupę, którą umiem), wynosi także 50%. Co ciekawe, rezultat nie zależy od liczby czynników - gdyby takich zerojedynkowych zdarzeń do rozważenia było więcej lub mniej, to prawdopodobieństwo, że wystąpi parzysta ich liczba, jest dalej jak 1 do 2.
No tak, wychodzi na to, że jestem dziwnym studentem filologii: zamiast porządnie zakuwać filozofię jak przyzwoity human, liczę potem prawdopodobieństwo, że uda mi się ją zaliczyć. Kiedyś, gdy wysłałem Krzysztofowi SMS około piątej nad ranem, stwierdził, że jestem "zdeprawowanym, nieśpiącym lingwistą". Pewnie coś w tym jest.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz