Ostatnio piję mało herbaty. Ze zgrozą stwierdzam nawet, że wczoraj nie ruszyłem w ogóle żadnej! Zamiast tego na okrągło piłem kawę, wprawdzie z dużą ilością mleka, ale zawsze to przecież mój wróg rasowy. Dziś już mam przy sobie kubek ze stafem i myślę, że będzie dobrze, choć ten numer mnie zaniepokoił. No cóż, przynajmniej dzięki temu oszczędziłem kilka torebek - na Sylwestra w Szczawnicy musi zostać mi minimum jedno opakowanie, inaczej umrę tam na syndrom odstawienia. O ile wcześniej nie umrę ze śmiechu, bo całe pięć dni z Anetką, Skwarą i innymi ludźmi nieprzeciętnymi to nie wcale takie proste do przeżycia.
Logarytmowa zagłada nadchodzi. Poważnie, jeśli jeden z ludzi, których uczę, również tym razem nie nauczy się porządnie twierdzeń o logarytmach, to będą najgorsze dwie godziny w jego życiu. Pomyślałem, że może zrobię kombinację zasady naczyń połączonych i metody kija i marchewki. To znaczy: suma zrobionych zadań jest stała, jak woda w naczyniach połączonych. Im więcej zrobimy na zajęciach, tym mniej zostanie do domu (gdzie nie ma mnie) - i odwrotnie, oczywiście. Tylko od ciebie zależy, jak długi będzie kij, a jak długa marchewka! Niestety, długość kija jest odwrotnie proporcjonalna do ilości czasu spędzonego nad faktycznym przyswajaniem wzorów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz