Autoreklama



OSTATNIO W "MAJSTERSZTYKACH KROTOFILNYCH"
Czapter nayn-ęd-ferty: "Rzecz o Hitlerze, śmieciach i obrączkowaniu"


27 marca 2012

Postmodernistyczny żyrandol

Właśnie pobiłem swój własny rekord w długości odstępu czasowego pomiędzy kolejnymi notkami. Obawiam się jednak, że przez większość czasu nie mam o czym pisać - dlatego nie piszę o niczym, żeby nie pisać o niczym. (Znalazca sensu tego zdania proszony jest o pilny kontakt). Wczoraj jednak spotkało mnie bardzo miłe wydarzenie, a poza tym nazbierało mi się już dość potencjału narzekaniowego.

Określenie "postmodernistyczny żyrandol" wymyślił Skwara, więc używam go wprawdzie bez jego wiedzy i zgody, ale za to z odpowiednią adnotacją. I nie czerpię z tego korzyści majątkowych. (Cóż, tak naprawdę kasuję grube miliony za każde użycie tego zwrotu, ale aparat administracyjny nie ma z tego nic. Opór podatkowy!!!).

"Postmodernistyczny żyrandol" określa całą gamę chaotycznych, bezsensownych rzeczy wiszących mi cały czas tuż nad głową jak szkło żyrandola, przez które świat widzę pokrzywiony i wyprany z wszelkiego idealizmu. Chwieją się nade mną te spośród moich korków, których nie lubię i na które jadę z uczuciem, że na mojej wizycie nikt nie zyska, a ja przejdę tylko kolejne bezużyteczne katharsis i być może niewielki ból gardła od gadania w kółko o tym samym. Widzę nad głową moje uczelniane kursy, których nazwy brzmiały świetnie, a które okazały się męczące, przez co przestaję czerpać przyjemność ze studiów. Szczególnie ciemny kawałek szkła ukazuje mi mojego tatę, który traci już nadzieję na to, że będzie jeszcze żył, przez co siedzi prawie cały czas w domu i sam nakręca swoją spiralę desperacji (co najwyraźniej odziedziczyłem po nim). I tak dalej. Ponure światło postmodernistycznego żyrandola rzuca cienie na wszystko wokół mnie i napawa mnie nieokreślonym przeczuciem, że dalsza przyszłość nie zapowiada się wcale jaśniej niż bliższa, a ta bliższa na pewno będzie jeszcze mniej kolorowa od tego, co dzieje się w chwili obecnej. Żyję więc tak z tym żyrandolem Damoklesa z dnia na dzień, myśląc w danym momencie co najwyżej o najbliższej godzinie, nie śmiejąc wyjrzeć dalej w obawie o własną stabilność umysłową, której znowu nie ma aż tak wiele.

A jednak z drugiej strony czasem ktoś przychodzi i rzuca różowym kamieniem w jakiś fragment tego klosza pokrzywionej rzeczywistości. Czasem, jak tę niedzielę, Matejkowski zostaje zaskoczony społeczeństwem, które do niego przychodzi jak Mahomet do góry. Ogólnie rzecz biorąc, lubię, gdy społeczeństwo zostawia mnie w spokoju, a w zamian sam nie zawracam mu nadmiernie jego kolektywnej makówy. Mimo to jak każdy lubię robić coś dla ludzi, więc gdy w piątek dowiedziałem się, że Mateusz ma do mnie jakąś sprawę, stwierdziłem, że przyjdę do niego w niedzielę rano. Wyobraźcie sobie (lub też przypomnijcie) moje zdziwienie, kiedy wszedłem do jego kuchni, by zastać tam komitet powitalny złożony z prawie wszystkich moich znajomych z Batorego, którzy pamiętali o moich urodzinach - o czymś, o czym ja sam zapomniałem, co zdarza mi się już od kilku lat. Cały ten wysiłek i poświęcenie potrzebne, żeby takie spotkanie w niedzielę o dziesiątej przy zmianie czasu na letni doszło do skutku... Poczułem się naprawdę wzruszony. Zatem - w kolejności siedzenia przy stole, bo jestem wzrokowcem - Mateuszu (gospodarzu wszelkich imprez do dziesięciu decybeli), Kiecie (jaki właściwie jest wołacz?), Macieju (przegrałem), Sebastianie i Adrianno Topkowie (to tylko skrót myślowy), Olu i Michale Ignaczakowie (Ignaczacy), Anetko (słyszysz mnie tam na górze?), Krzysztofie Mój Mały Pierniczku (tego jeszcze nikt chyba nie wymyślił), Adrianno (jedyna moja przyczyno sprawdzania skrzynki mejlowej), Kowalu, towarzyszu Lipski (który zadzwonił do mnie później) - dziękuję wam. Nie tylko za to, że pamiętaliście o moich urodzinach, ale też za to, że tłuczecie szkło w moim postmodernistycznym żyrandolu. Gdyby was nie było, w akcie desperacji zapewne założyłbym konto na facebooku.

Wkrótce zmienię obrazek tytułowy, bo ten jest już trochę nieaktualny. Poza tym mam nadzieję na nowy odcinek fanfika Hermione & Draco z udziałem Skwary. Zbliża się lato i będzie można wychodzić na powietrze i nieuchronnie spotykać się z różnymi fajnymi ludźmi. Być może pora, żeby wyjąć makówę spod tego cholernego klosza.

Uzupełnienie: Dwa dni po napisaniu tej notki dowiedziałem się, że "postmodernistyczny żyrandol" to mój własny wymysł, a nie Skwary. Rzeczywiście - użyłem go w jednym z fanfików i zapomniałem. W takim razie ta notka jest do niczego, bo myślałem, że interpretuję czyjeś słowa, a tak naprawdę poczyniłem inteligencki odpowiednik wyjaśniania własnego dowcipu. Łeee.

3 komentarze:

  1. Panna Adrianna29 marca 2012 20:31

    Czuję się zaszczycona tym "przydomkiem", dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. [zachwycony "pierniczkiem" zamarł z rozdziawioną w radosze (miejscownik od "radocha"?) szczęką]

    OdpowiedzUsuń
  3. LodowcowaDolina8 maja 2026 16:06

    Nie żeby mi się nie podobało, ale szczerze mówiąc – nie bardzo rozumiem co autor ma na myśli tym całym postmodernistycznym podejściem do żyrandola. Czytam i czytam, a mi się nie kleja. Czy to ma być jakaś głębsza metafora czy rzeczywiście chodzi o sam żyrandol? Natknąłem się kiedyś na stronę https://www.terapiapoznan.pl/psychoterapeuta-doroslych/ i zastanawiałem się czy w ogóle trzeba być takim intelektualnym geniuszem żeby się połapać w tego typu tekstach, czy może to ja coś przegapiłem.

    OdpowiedzUsuń